Wesołe kręcenie

Wreszcie ciepło, wreszcie sucho, ptaszki ćwierkają, drzewa się zazieleniają a kolarze tłumnie ruszają na podbój szos. I ja też. Po intensywnym poprzednim tygodniu teraz postanowiłem nieco odpocząć i pojechać wreszcie z RB na Pomiechówek. Jednak życie jak zwykle zweryfikowało nawet tak oszczędny plan.

Zaczęło się niewinnie: w poniedziałek tradycyjna wycieczka do pracy, chociaż dla urozmaicenia pojechałem sobie Modlińską (tam zawsze jest wesoło) i mostem Grota. Wieczorkiem za to pod robotą czekał już na mnie Robert, żeby odholować mnie do domu i dodać jeszcze kilka km gratis. W ten sposób w marcu udało się spokojnie przebić tysiąc km, czyli nieco więcej niż zakładałem na ten miesiąc – super. Dwa kolejne dni to całkowity odpoczynek od roweru i poświęcenie się bez reszty obowiązkom rodzicielskim.

 

Za to w czwartek udało mi się zebrać czteroosobową grupkę na jazdę o nieprzyzwoitej porze. Na rozjeździe stawili się: Pan Pączek, Roberto Escobar, Sąsiad Marcin i ja – Luk Odkryty. Ruszyliśmy sobie nocką na NDM od strony Łomianek i praktycznie od startu wiedziałem, że właśnie takiej jazdy bardzo potrzebowałem: bez napinki, konwersacyjnie, praktycznie bez ruchu samochodowego i w doborowym towarzystwie. Nie przeszkadzało mi nawet to, że po ciemku wpadłem w największą chyba dziurę na całej Rolniczej i w połowie dystansu umarła moja tylna lampka. Koledzy przytulili mnie w środek grupki i bez stresu dojechaliśmy. Mimo hamulca trącego o obręcz, która oberwała w leju po ataku granatnikiem (uwielbiam wiecznie upośledzoną ul. Rolniczą, a w szczególności Łomną koło cmentarza).

W piątek chciałem pojechać trochę więcej przed pracą, ale szybko kręcące się osłony kominów na pobliskim dachu jasno dały mi do zrozumienia, że wiatr będzie znów bezlitosny. A mi już się trochę uprzykrzyła walka z wiatrem od ponad tygodnia wiejącego non-stop nie mniej niż średnio 5 m/s w ciągu dnia. Podjechałem do ostatniej latarni w Jabłonnie i spokojnie zawróciłem do pracy załatwiając po drodze kilka spraw na mieście. W drodze powrotnej (o godz. 22) wiatr ucichł prawie zupełnie co skutecznie zachęciło mnie do przepalenia nogi. Wyszło nienajgorzej, chociaż ruch na mieście – jak zwykle w piątek – był znacznie większy. A i panów policjantów spotkałem po drodze. I pogadaliśmy sobie o DDR-ach, objazdach i o życiu w ogóle – bardzo sympatyczne spotkanie, obopólnie korzystne.

No i sobota, ach sobota. Co to miał być za dzień… i co to był za dzień. Zanim jeszcze zdążyłem pomyśleć o rowerze, spojrzałem rano nieprzytomnym wzrokiem na telefon, a tam… życzenia urodzinowe. Zapomniałem, kurde blaszka, że na moim fejkowym profilu na FB stworzonym wyłącznie w celach kolarskich ustawiłem dzień urodzin na 1 kwietnia, no bo co innego miałbym ustawić na fejkowym profilu? No i posypały się życzenia od tych co jednak mnie kojarzą z tego konta i wyszła głupia sprawa. Niektórym nie przeszkadzało nawet to, że wg FB skończyłem 28 lat! – to akurat było bardzo miłe. Robert przywiózł ponoć nawet czekoladę dla mnie na naszą małą rundkę. Zbyszek zaplanował na sobotę 110 km przez łąki, lasy i jeziora. I były łąki, lasy i jeziora, a nawet 5-km odcinek po płytach betonowych przez środek lasu pokonany z prędkością oscylująca wokół 10 km/h. Był nawet kapeć u Roberta praktycznie zaraz po starcie, potem był drugi kapeć tuż przed metą. Tego drugiego kapcia nie widziałem, bo już mnie wtedy z kolegami nie było, ale o tym za chwilkę.

Piękny to był dzień. Krótki rękaw, krótkie spodenki, mój ulubiony belgijski strój z Decathlonu i nowiutkie flandryjskie skarpety z PlanetX okazały się idealnymi na słoneczną, ciepłą i nieco wietrzną (znowu!) pogodę. Powitałem Zbycha słowami: „dzisiaj mam formę, odpadasz na pierwszej górce”. Zgodnie z założeniem usłyszałem w odpowiedzi szczery rechot. Czyli dowcip primaaprilisowy udał się wyśmienicie. I tak to rzeczywiście wygląda: Zbyszek ciągnął praktycznie cały czas z przodu 40 km/h i choćbym nie wiem jak próbował dać mu zmianę, to trudno było go wyprzedzić. A na kole też nie ma u Zbycha lekko, bo zaliczam za nim wszystkie studnie, leje i inne rozpadliny, a wszystko to w przyjemnym rytmie 170 bpm. W kwestii podjazdów mam do Zbycha szczery żal, bo mógłby nam chociaż pomachać z górki, w końcu ma tyle czasu zanim do niego dojedziemy, że nawet pocztówkę z gór mógłby napisać. A tak na serio – mocarz z niego! Niemniej jednak udało nam się pokręcić w pięknej okolicy, trochę się pogubić w prasłowiańskiej „puszczy” i wygrzać się na słońcu nad Zalewem Zegrzyńskim.

W drugiej połowie dystansu, czyli zaraz po przekroczeniu 50 km usłyszałem strzał. A potem takie pyr-pyr-pyr. I koledzy krzyczą, że pękła mi szprycha. Co za dziad z tej szprychy! Tak się to wszystko rozregulowało przez jedną szprychę, że obręcz zatrzymywała się nie w klockach, a w ramie. Kręciliśmy nyplami pół godziny i nic nie ukręciliśmy. Nadszedł więc czas na przejrzenie przepastnych archiwów kontaktów w telefonie i sprawdzenie kto mnie lubi. No i oczywiście – niezawodny, wspaniały i zawsze na miejscu – mój kochany ślubny świadek czyli Piotrek. Zuch chłopak dojechał raz dwa swoim kombiakiem i jak serivce-car z prawdziwego zdarzenia dostarczył mnie do stęsknionej żony i dziatek. Sobotnia wycieczka była naprawdę tak przyjemna, że nawet tak wredne zdarzenie nie popsuło mi humoru. Staliśmy na poboczu dobrą godzinę i była to bardzo miło spędzona godzina, trochę pogadaliśmy o życiu, ale głównie jeździliśmy po sobie nawzajem aż miło. Ach wiosna… Koło trafi na dniach do serwisu i wtedy pewnie zaczną się nerwy, ale na razie staram się o tym nie myśleć. Sprawdziłem tylko, że chińczyk przejechał bezawaryjnie ponad 1300 km. Zastanawiam się, czy do pęknięcia nie przyczyniła się ta nieszczęsna jazda po 5-km odcinku z popękanych płyt betonowych. Następnego dnia dowiedziałem się, że chłopaki jak ruszyli beze mnie w drogę powrotną, drugi raz łatali dętkę Roberta. Ciekawy bilans wyprawy: 50 km zamiast 100 km, dwie dziurawe dętki i pęknięta szprycha. Ale nic to, wiosna.

W niedzielę miałem już nigdzie nie jechać z powodu sobotniego przegięcia czasowego (chociaż planowałem Pomiechówek z RB), ale udało się dogadać 50 km częściowo z RB, a częściowo we trzech, w takim samym składzie jak w sobotę. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy. No prawie. Pod Fortem Piontek uznaliśmy, że skoro nie mamy za bardzo czasu, jedziemy sami i czekamy aż Rondo nas dogoni i połknie. Nie dogoniło i nie połknęło. Zbyszek narzucił tempo i Ronda nie zobaczyliśmy nawet w oddali. Kolejna sympatyczna rundka (krótka…) zakończyła się przyjemnym akcentem w ogródku piwnym przy wale wiślanym, gdzie przy tradycyjnym soczku mogliśmy jeszcze trochę podrzeć łacha z siebie nawzajem. A w międzyczasie Robert nabył nowe kółka – okazyjnie Mavic Cosmic Elite i – jak donosi już dzisiaj – jest z nich całkiem zadowolony. Chociaż tyle sprzętowo wyszło w ten weekend na plus.

Nadchodzący tydzień zapowiada się słabo rowerowo. Będzie mocno napięty logistycznie i trudno będzie wcisnąć dwa kółka w spiętrzone zaległości rodzinno-relacyjne. Ale przynajmniej jedno kółko muszę jak najszybciej wcisnąć do serwisu. Pewnie dzisiaj mi się to nie uda… może jutro. Także od jutra przyswajam bcaa, ciekaw jestem efektu, zobaczymy. Coś ostatnio czuję się przemęczony i może aminokwasy chociaż trochę ułatwią mi regenerację. A tymczasem idę… odpocząć!

PS. Ale chaos w tym wpisie. Cóż… wiosna 🙂