Klub Kolarski 253

Zimowe zaginanie czasoprzestrzeni i poświąteczne gruchotanie kości

Lubię zimę, owszem. Ale tylko jak budzi się we mnie dziecko, a nie senior-wigor. Na szczęście to moje wewnętrzne dziecko często budzą moje kochane szkraby. Szczególnie jak za oknem legnie świeży, biały puch a temperatura nie pozwoli mu się zamienić w chlupoczącą breję. Wtedy wyciągamy sanki, jabłuszka, ślizgi – co kto chce – i biegniemy zwiedzać pobliskie pagórki. To jest ten przyjemny aspekt zimowej aury.

Niestety ten medal ma dla mnie także drugą stronę: mroczną, bolesną, kosztowną i praktycznie nieuchronną. Kontuzje. Byłem dosyć twardy w tym sezonie: śnieg nie śnieg, mróz nie mróz, smog czy smok – dzielnie kręciłem do roboty bocznymi dróżkami albo w weekendy robiłem tlen (chociaż akurat tego podobno wyjątkowo mało w powietrzu w tym roku). Po jednym z takich spokojnych wypadów, a raczej w trakcie, odezwała się moja ubiegłoroczna klątwa – lewe kolano. W zeszłym roku spanikowałem, ale teraz już wiedziałem gdzie się zgłosić. Natychmiast zapisałem się do kliniki Ortoreh na wizytę u fizjoterapeuty. I zaczęło się.

Nie znam się na technicznych szczegółach przyczyn mojego urazu, ale coś mi się tam ponapinało, skurczyło, pociągło i podrażniło. Przyczyny oczywiste: brak wystarczającego rozciągania po treningach, za krótkie rozgrzewki, zbyt krótkie rozjazdy i temperatura przy jeździe na szosie też dała się we znaki mięśniom, ścięgnom i przyczepom.

Wiedziałem, że na kozetce spotka mnie ból, ale w tym roku mój fizjoterapeuta pochwalił się kolejnym szkoleniem – faktycznie: umiejętności katowskie osiągnęły u niego niespotykane poziomy. Niemniej jednak nowe metody ugniatania uda i łydki przyniosły oczekiwane rezultaty i szybko stanąłem na nogi, a raczej usiadłem na siodełko.

Niestety musiałem zrezygnować na jakiś czas z biegania, które zaczęło mi sprawiać jako-taką przyjemność na rzecz… trenażera, ćwiczeń i rolowania.

Narzędzia tortur

Najpierw o rolowaniu: świetna sprawa, chociaż w przypadku pospinanych mięśni bardzo bolesna. Jednak uczucie uwolnienia punktów spustowych po chwili wałkowania jest nie do przecenienia.

To nowy nawyk pomiędzy treningami, który staram się w sobie wyrobić. Szczególnie, że nie zabiera dużo czasu (3 minuty na cały mięsień) i daje efekty odczuwalne praktycznie od razu.

Ćwiczenia nie są już tak fajne, bo są nudne i męczące. Nie sądziłem, że można się tak spocić i trząść jak galareta poza siłownią i z użyciem li tylko beretu rehabilitacyjnego – ale można.

Trenażer z tajemnicą…

No i trenażer. Nigdy się nie lubiliśmy, gdyż w moim przypadku w grę wchodziły wszystkie możliwe wady tego ustrojstwa: brak odpowiedniego pomieszczenia, brak wentylacji, brak czasu, brak chęci, brak planu i – co okazało się najważniejsze – brak wymierności. Miałem taki podstawowy model ze znanej sieci sklepów sportowych, cichy, nieduży i bardzo tajemniczy. Tajemnicą była generowana moc – nie do ustalenia bez osobnego miernika (którego nie posiadam). Tym parametrem producent postanowił się nie podzielić z użytkownikami w żaden sposób. Przeszedłem cały internet wzdłuż i wszerz i nawet znalazłem kilka postawionych pytań o krzywą mocy, ale odpowiedzi nie znalazłem żadnej.

Po poprzednim sezonie zimowym bardzo się zniechęciłem faktem, że subiektywnie chomikowałem w miarę mocno, a w plenerze okazywało się, że forma, nawet licha nie jest już moją znajomą. Czyli to właśnie brak wymierności treningu i skłonność do powracania do strefy komfortu uniemożliwiły mi utrzymanie jako takiej kondycji, nie wspominając o zrobieniu czegokolwiek więcej.

Ewoluowały także pomysły na miejsce treningu: od przedpokoju, przez półpiętro na klatce schodowej, piwnicę aż po balkon. Przedpokój odpadł, bo gorąco i dzieci biegają a o nieszczęście nietrudno. Na klatce schodowej również gorąco, a do tego za każdym razem trzeba wszystko rozstawiać od nowa. Podobnie w piwnicy, choć tu jednak mniejszy obciach no i ciut jakby chłodniej. Wreszcie balkon: zimno (czyli w sam raz) i sprzęt rozstawiony na stałe i zabezpieczony wodoodpornym pokrowcem. No ale nuda – straszna! Ponadto trzeba się ubierać jak w plener i zmobilizować w ogóle do wyjścia na ten mróz i do kręcenia w miejscu.

Samotność na balkonie
Brrr…

Dla zabicia nudy postanowiłem przetestować zwifta. Tymczasowo nagiąłem jedność mojego małżeństwa i wymiary naszej sypialni (9 m2) i ustawiłem trenażer przy oknie naszej alkowy. Żona była przerażona, ale argument wyjątkowości i niepowtarzalności tej sytuacji nieco ją udobruchał. Odpaliłem zwifta i… No fajnie to wygląda, wydaje się być całkiem wciągające, ale… no właśnie. Nie było żadnego sposobu, aby choć trochę okiełznać wskazania, które zwift próbował wyliczać z powietrza. Oj strasznie to psuło zabawę i trening znów czyniło jedynie kręceniem dla samego kręcenia.

Prowizorka

Ale przyszedł pomysł związany z nadchodzącą nieuchronnie rocznicą mojego przyjścia na świat – zmienić trenażer. Skoro mam się tak katować „bo rehabilitant kazał”, to jest to jakiś – mocny – argument za modernizacją zaplecza i zrobienia sobie urodzinowego prezentu. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Cała operacja wymiany trwała właściwie jedną dobę. Właśnie tyle zajęła mi sprzedaż starego sprzętu i wybór oraz zakup nowego.

A wybór był banalnie prosty: ma być tanio, ale „smart”. Czyli Tacx Flow Smart. Najbardziej podstawowy model Tacxa, który współpracuje z oprogramowaniem regulującym opór generowany przez trenażer. Ustawianie, podłączanie i parowanie przebiegły szybko i bezproblemowo. Żona tymczasem wydawała się być coraz bardziej pogodzona z faktem, że prowizorka staje się rozwiązaniem docelowym, czym zresztą zachwycają się wszyscy nasi goście mówiąc: „ależ ona musi cię kochać”.

Samo zwiftowanie mnie urzekło. Pomijam nawet cały aspekt społecznościowy, który daje nieograniczone możliwości rywalizacji czy wspólnego trenowania. Dla mnie bardziej istotny jest konkretny plan treningowy oraz sposób w jaki program egzekwuje jego wykonanie. Tu zwift ma u mnie naprawdę wielki plus, zwłaszcza w połączeniu z trenażerem typu smart. Jedynie co zależy ode mnie to dobór przełożenia i utrzymanie się we właściwym przedziale mocy. Same treningi w planie „Zwift Academy” są bardzo zróżnicowane, ciekawe, dobrze wytłumaczone i co pewien czas weryfikowane testem FTP – widać w nich logikę, cel, konsekwencję i brak pobłażliwości dla leniuchów. Kiepska forma nie jest żadnym usprawiedliwieniem do zawalenia treningu, bo poziom trudności poszczególnych zadań ustawiany jest indywidualnie po każdym teście FTP.

Oczywiście na czas treningu firanki i zasłonki są delikatnie zwijane

Naginanie przestrzeni w sypialni wyszło mi całkiem nieźle. W zasadzie zająłem tylko pas podłogi pod oknem o szerokości 70 cm, z którego połowa i tak nigdy nie była wykorzystywana ze względu na firanki i odstęp łóżka od kaloryfera. Dzięki temu mam dostęp do okna, parapet wykorzystuję jako półkę na rzeczy podręczne, na wprost na nocnej szafce zmieścił się laptop i dodatkowy monitor 22”. Wszystkie kable są zasłonięte, także jedyne co widać to rower od połowy jego wysokości. Co więcej, duże łóżko skutecznie odgradza całą konstrukcję od potencjalnego ataku młodocianych rozrabiaków, których na ogół można znaleźć w każdym zakątku naszego mieszkania. I jeszcze jeden istotny szczegół: w sypialni od wielu lat przyświeca nam lampowentylator. Kto by się spodziewał, że sprzęt zainstalowany do walki z letnimi upałami teraz posłuży jako zimowy schładzacz „WAToroba”.

Plany na najbliższy czas: trenażer, ćwiczenia, rolowanie, trochę truchtania ze stopniowym wydłużaniem dystansu (niekoniecznie intensywności) i może wkrótce trochę wypadów w plener (do pracy znów jeżdżę, ale w zależności od pogody, bez szaleństw). Jednak główny trzon to obecnie trenażer. Może to ulotny, pierwszy zachwyt neofity zwiftowego, ale konkretny plan treningowy w połączeniu ze „sprytnym” trenażerem i dobrym miejscem na trening napawa mnie optymizmem i pomaga w walce z zimową nudą, szarugą i niepotrzebnym ryzykiem kolejnej kontuzji.

Wręcz nie mogę się doczekać kolejnej sesji!

I nie przeszkadza mi nawet to, że koledzy w pracy śmieją się, że pedałuję w sypialni!  

Efekt w miarę zadowalający 😀