Klub Kolarski 253

Samotność długodystansowca? Już nie!

Przychodzi taki moment w życiu każdego trzepaka, że kręcone samotnie kilometry i mijane po drodze wesołe grupki kolarzy coraz silniej zaczynają wiercić dziurę w brzuchu. Po sprawdzeniu powstałego w ten sposób otworka okazuje się, że rozpiera się w mych trzewiach silna tęsknota za kręceniem wespół. Owszem, zdarzało się incydentalnie namówić kogoś (ba! namówić, czytaj: wyciągnąć za włosy) na wspólną wycieczkę, ale na ogół oznaczało to turlanie się tempem rzeczywiście wycieczkowym, a potem gęste tłumaczenie się: że pogoda miała być inna, trasa krótsza, a życie piękniejsze.

zakroczym
Cube szuka towarzystwa

Pierwsze przełamanie pustelniczego trybu życia nastąpiło wiosną, kiedy to studiując stravę (niech żyje flybys!) zacząłem się nieco socjalizować kudosami, komentarzami i followersami. Trafiał mi się także momentami mocny sparing-partner (pozdro Łukasz), który wymusił na mnie nieco mocniejszą jazdę. Tak więc poczułem się mocniejszy i subiektywnie gotowy na dalsze wyzwania. A pierwszym wyzwaniem stała się dla mnie jazda spod kawiarni Veloart.

Mocno zestresowany dotarłem na miejsce kwadrans przed wyznaczonym czasem. Byłem oczywiście pierwszy (chyba typowa spalara trzepaka), ale wkrótce dołączył kolejny śmiałek – także debiutant. Pogadaliśmy fachowo o sprzęcie, osiągach, pogodzie i śniadaniu i ani się nie spostrzegliśmy jak grupka rozrosła się do ok. 20 kolarzy. Marzenie zaczęło się spełniać.

Ruszyliśmy wzdłuż Żeromskiego i aż mnie dreszcz przeszedł jak poczułem tę, tę… no jazdę w grupie przecież. No właśnie, trudno tak dokładnie określić co jest w tym takiego fajnego: zwielokrotnione do potęgi odgłosy szumu opon na asfalcie, multiplikacja cykających zapadek bębenków w wypasionych piastach, garminy pikające autopauzę w tych samych momentach czy kaskada kliknięć butów z blokami. Wszystko to składa się na ogólne wrażenie, że robimy coś razem, jesteśmy zdani na siebie i w pewien sposób od siebie zależni. Oczywiście naczytałem się wcześniej artykułów o zasadach panujących w takich grupach i sympatycznie było zobaczyć, że to faktycznie działa. Przybraliśmy formację jazdy parami – którą teoretycznie świetnie już obcykałem – i rzeczywiście okazała się idealną dla debiutanta: dawała szansę pogadania i nie była jakoś szczególnie wymagająca.

Wszystko szło fajnie dopóki formacja nie zmieniła się w Lipkowie na pojedynczą, a tempo wzrosło drastycznie do 45 km/h. Nie spodziewałem się tego i nie spodziewałem się także, że za mną nikt już nie jedzie. W ten sposób po 70 km najzwyczajniej w świecie odpadłem. Szkoda, bo myślałem, że po takim dystansie dotrwam do końca. Z drugiej strony sukces, bo zakładałem, że pewnie odpadnę jeszcze przed Traktem Partyzanckim. Tak czy siak, byłem bardzo z siebie zadowolony i nie przeszkadzało mi nawet to, że zupełnie nie wiedziałem jak dojechać do domu. Niemniej odpadnięcie zostało zaliczone i uznałem to za cenne doświadczenie i lekcję na przyszłość.

W kolejnych miesiącach nie składały mi się za bardzo sobotnie poranki więc znów musiałem liczyć tylko na siebie. Tym razem pomógł mi synek, który jako pięciolatek rozpoczął etap poszerzania wyobraźni o niewyobrażalne krzywdy jakich dozna, jeśli czegoś spróbuje i zawiedzie. Wypisz wymaluj moje podejście do kultowego Ronda Babka: że chętnie, owszem, ale na pewno odpadnę w przedbiegach, zostanę okrzyknięty trzepakiem sezonu i okryję się hańbą po wsze czasy. Synkowi tłumaczyłem, żeby spróbował tego i owego, żeby się nie bał, żeby zaufał. No tak, ale to czcze gadanie bez żadnego pokrycia. Dla ratowania honoru i jakości mojego rodzicielstwa postanowiłem wejść w skórę przedszkolaka i zdobyć się na coś – w bliższej perspektywie – nieosiągalnego.

Pojechałem. Najpierw w sobotę, bo pomyślałem, że w sobotę trenują, a w niedzielę się ścigają na punkty to będzie luźniej. Pojechałem pod Fort Piontek, żeby złapać grupę jeszcze w trakcie rozgrzewki. Nie tylko ja tak robię, bo zaraz po mnie na to miejsce przyjechał wyczesany kolarz z nienaganną stylówą, wytopioną łydą i prosowatością w oczach (tzn. okulary mu trochę zasłaniały oczy, ale prosowatość i tak wyzierała). Kolega okazał się być bardzo sympatycznym Mikołajem, który szybko zaoferował się wprowadzić mnie w tajniki jazdy po Rondzie. To spotkanie byłe zdecydowanie darem niebios, bo szybko poczułem, że ogarnę, mogę i dam radę. Mikołaj jest świetny w motywowaniu, praktycznie równie doskonale motywuje jak kręci.

Fajnie się jechało i gadkowało aż do Jabłonnej. Potem szlag trafił grupę w sztycę i wszyscy dostali kopa do 50 km/h. Jak mi wyjaśnił Mikołaj: w sobotę to jest jazda bez trzymanki, zwłaszcza jak przyjedzie jakiś czasowiec, w niedzielę to chociaż na światłach się zatrzymują. Super – pomyślałem, zagryzłem zęby i powróciłem do autohipnozy na poprzedzającym mnie kole. Tam gdzie chciałem – dojechałem! Tempo było dla mnie szaleńcze, jazda była w trupa, ale bomby nie było! Umówiliśmy się z Mikołajem, że nie skręcamy z grupą na Czosnów (czyli na rozkopaną ul. Rolniczą) tylko zawijamy przez rondko na lotnisku w Modlinie i dajemy we dwóch z powrotem. Ale żeby nie było lekko, założyliśmy sobie tempo 37 km/h. I też dało radę, nawet zmiany szły w miarę sprawiedliwie. Super! Wróciłem do domu rozanielony, spełniony kolarsko i ojcowsko. Tak to już jest, facet nawet wycieczkę z kumplami jest w stanie uzasadnić dobrem ogólnym, większym, potrzebniejszym, a wręcz niezbędnym. Ale serio, to była świetna przygoda, niesamowity trening, zastrzyk motywacyjny i miłe spotkania w jednym.

popas-po-rondzie-1
Popas

Niebanalne prędkości na Rondzie nadal straszyły mnie (i wciąż straszą) perspektywą odpadnięcia, ale nie przeszkodziło mi to w przejechaniu wkrótce dwukrotnie Pomiechówka i kilku sobotnich treningów do Łomianek. Każda kolejna jazda z Rondem była niepowtarzalną lekcją, nie do przerobienia w teorii. Jechałem w dalszej części grupy – musiałem ścigać peleton, bo zostałem za kraksą. Zapatrzyłem się na koło gościa przede mną – znowu musiałem spawać, bo gość odpadł od peletonu. Jestem następny do zmiany – muszę zapamiętać kto jedzie przede mną, żeby grupa mi nie odjechała jak zejdę ze zmiany. Może to nie są jakieś uniwersalne prawdy, ani nawet dobre rady, ale dla mnie subiektywnie póki co są bezcenne i konieczne do zapamiętania.

popas-po-rondzie-2
Znów popas

Czas na wnioski: bałem się jak nie wiem co, zapewne słusznie. Ale cholernie chciałem – i to zwyciężyło. Nadal mam cykora, że odpadnę albo zaliczę niespodziewanie glebę, ale trudno. Teraz to już wliczone w ryzyko. Dałem się złapać na ten haczyk i już mnie wyciągnęli z wody i wrzucili do wiaderka – pozamiatane!

Luk i Wisła
Luk