Klub Kolarski 253

Listopad pełen zmian

Ostatnie tygodnie przyniosły niezłą jak na listopad pogodę. Można było wreszcie odpuścić sobie dłubanie przy sprzęcie i zadbać nieco o technikę jazdy i kondycję w ogóle.

Jeszcze w garażu

Zanim jesienna słota zrobiła sobie przerwę zdążyłem jeszcze zająć się powietrzem uciekającym z tylnej szytki. Okazało się, że powodem ulatniania było niedostateczne dokręcenie zaworka do przedłużki wentyla. Część przedłużki, która pozostaje w obręczy dokręciłem mocno jeszcze przed założeniem gumy na obręcz (później musiałbym odklejać szytkę, więc nie chciałem niepotrzebnie ryzykować). Natomiast sam wentyl potraktowałem bardziej ulgowo. Po dokręceniu szytka trzyma jak szalona.

Inna „techniczna” sprawa to założenie do trabanta (B’Twin Triban 5a) dotychczasowych kółek cube’a, czyli Maviców. Rowerek od razu lepiej wygląda i – co zaskakujące – oponki 25 mm mieszczą się idealnie pod błotnikami SKS Raceblade w wersji 23 mm. Trabant nie był jeszcze dosiadany od czasu zmiany butków, ale spodziewam się rewolucji i rewelacji. Podmiana kół zaowocowała przy okazji upragnionym od dawna zestawem do trenażera – dziadowskie stockowe obręcze od trabanta świetnie się sprawdzą w warunkach, kiedy sztywność boczna i masa rotująca nie są priorytetem, a opory generowane przez lichą piastę są wręcz miłym dodatkiem.

Trabant

Tymczasem na szosie

Wreszcie sucho, wreszcie ciepło, wreszcie… wietrznie?! Strasznie się namordowałem w ubiegłym tygodniu: średnio wiało z prędkością 6 m/s, a w porywach do 10 m/s. Ale podobno najlepsze treningi robi się pod wiatr, szczególnie w naszym płaskim krajobrazie. Więc warunki do treningu miałem wyśmienite, wręcz modelowe. Szkoda tylko, że taki wmordewind dosyć mocno siada na psychikę, gdy na płaskim odcinku walczy się najpierw o 28, potem o 25, a na końcu o 22 km/h. Z drugiej jednak strony głowa też trenuje.

Gdy wiatr wreszcie ucichł spróbowałem nowej pozycji – „modlitwy” na niewidzialnej lemondce. Wygląda to mniej więcej tak, że opieramy się przedramionami od strony łokcia na kierownicy (dobrze sprawdza się tutaj wypłaszczona kierownica aero) a dłonie luźno splatamy przed garminem na wysięgniku. Początkowo nieco się obawiałem sterowania łokciami i potencjalnego zdmuchnięcia z trasy, ale okazało się, że rower całkiem przyzwoicie daje się kontrolować a przesiadka na klasyczny chwyt na kapturach trwa ułamek sekundy. Sylwetka zmienia się za to diametralnie. Większy ciężar przechodzi na przednie koło co odciąża odcinek lędźwiowy kręgosłupa. Subiektywnie inaczej rozkładają się siły przy naciskaniu na pedały, przy czym uda trącają nieco brzuszek. Największą ulgę odczuwają nadgarstki – mają szansę odpocząć od ucisków, nacisków i odzyskują krążenie, a nierzadko przywracają czucie w palcach. Dodatkowym (czy może raczej – głównym) atutem pozycji „prayer” jest oczywiście większa prędkość przy takim samym lub mniejszym wysiłku.

clone tag: 6680761347716268239
Żerań

Jednak taka pozycja ma także swoje ograniczenia. Pomijając fakt, że przedramiona z czasem się męczą, nie wyobrażam sobie odpowiedzialnej jazdy w ten sposób w peletonie czy nawet w większej grupie, chyba że akurat ją prowadzimy. Bałbym się również „modlić” z górki, gdyż przy prędkościach zjazdowych mogłoby zabraknąć tego ułamka sekundy na awaryjną zmianę trzymania i złapania za klamki. W zasadzie najlepszą okazją do zastosowania tej pozycji jest dłuższy, prosty, płaski i w miarę gładki odcinek trasy. Szczególnie jeśli nie ma silnego bocznego wiatru i nie dzielimy pasa ruchu z kolumną ciężarówek.

Najbardziej kluczową dla mnie zmianą w ostatnich tygodniach okazało się zupełnie znienacka… kolarskie smarkanie. Odkąd jeżdżę na rowerze zawsze miałem problem z gigantycznym katarem, który bierze się znikąd jak tylko temperatura spadnie poniżej 10 stopni. Wygląda to tak, że zdrowy chłop wychodzi pokręcić, a zamiast dostarczania czerwonym krwinkom tlenu do transportu sam dostaje czerwonej gorączki walcząc o każdy oddech. Bardzo mi to przeszkadzało i zamieniało moje pozasezonowe jazdy w koszmar. Nie będę wdawał się w techniczne, obrzydliwe szczegóły, ale nowa umiejętność odmieniła moje jesienno-zimowe życie. A i rękawiczki zdają się być wdzięczne i piękne jak nigdy.

trabant-w-starych-butach-2-copy

Listopad był niezły. Chińskie kółka zrobiły już 500 km, trabant dostał nowe butki, ja nauczyłem się „modlić” i smarkać – życie stało się piękniejsze. Przede mną ciężki pracujący weekend bez roweru, a potem podobno ma nadejść mróz: nowe okoliczności, nowe wyzwania, być może jakiś nowy sprzęt i – kto wie – może jakiś nowy wpis.

Ps. Sąsiad namówił mnie do biegania. A nie robiłem tego od ostatniej kontuzji rozcięgna podeszwowego po półmaratonie warszawskim kilka lat temu. Pobiegamy – zobaczymy. Zawsze to jakaś alternatywna do trenażera na balkonie. Żeby tylko stopy wytrzymały.

Luk