60 km z buta po Suwalszczyźnie

Ciągnęło mnie w wakacje do parodniowej samotnej podróży. Okazja nadarzyła się w połowie sierpnia, gdzie miałem spędzić kilka spokojnych dni. Nie ukrywam, że bardzo cieszyłem się na możliwość przetestowania Marina w prawdziwym gravelowym raju – okolice Suwalskiego Parku Krajobrazowego są znane z ciekawych tras o rozmaitej nawierzchni. Dość niespodziewanie okazało się, że… nie mam jak Marina przewieźć, bo mój bagażnik rowerowy zniknął w wieloletnim wypożyczeniu… Przepakowałem się zatem szybko w plecak, próbując sobie wyobrazić co będzie mi potrzebne, a co mniej – i zrobiłem przy okazji parę ciężkawych błędów.

Zaplanowałem sobie pętlę z Szurpił z opcją do skrócenia/wydłużenia – nie znałem do końca swoich możliwości, zwłaszcza z plecakiem mającym kilkanaście kilo. Ruszyłem o 18, więc upał zdążył zelżeć i jako pierwszy cel obrałem Górę Zamkową, na której planowałem kimnąć gdzieś z widokiem na jezioro Szurpiły. Po drodze obowiązkowa postój na pomoście w Kluczysku : ) Szybko okazało się, ze idzie mi się sprawnie i warto ruszyć gdzieś dalej. Ostatecznie zrobiłem 8,5 km aż nad jezioro Kameduł pod Łopuchowem, gdzie rozpiałem hamak w wiacie grillowej. Widok świetny, gorzej że po 21 zapaliła się latarnia (!), a do 22 co chwilę podjeżdżały auta z turystami rzucającymi okiem na jezioro…

Po śniadaniu i kąpieli w jeziorze zrobiłem solidniejszy strzał. Przed 10 byłem nad jeziorem Hańcza, gdzie na chyba najpopularniejszej plaży nie było dosłownie nikogo! Coś przekąsiłem, pobrodziłem i dalej w drogę aż do jeziora Wersele (znów kąpiel). Potem obszedłem jezioro Pobłędzie, dziwiąc się m.in. wybudowanej tam wieży widokowej z której mało widać. Zaczeły się rozkminki co dalej, ale że szło mi się nieźle to zdecydowałem się na ambitną próbę dojścia do Puszczy Rominckiej. Celem były Żytkiejmy, szczególnie pomnik słynnego lokalnego specjału – sękacza. Był tam też jedyny w okolicy sklep spożywczy, a chciałem trochę urozmaicić sobie dietę o coś z bąbelkami. Odpocząłem, ruszyłem dalej celując w upatrzone na mapie ciekawe miejsce… Okazało się, że jezioro otoczone lasem jest raczej bajorem, do którego dojście jest mocno bagniste. Brakowało mi jeziora do relaksu. Zaraz też odnalazł mnie znudzony kleszcz. Miałem już 30 km w nogach, ale wciąż było jasno i ruszyłem na poszukiwanie lepszej miejscówki. Rozważałem ładną polanę, ale wyglądała jak autostrada dla zwierząt do wodopoju i ostatecznie rozpiąłem hamak na granicy lasu niedaleko Orlińca wśród głazów narzutowych. Ładne pagórki, ciepłe kolory zachodzącego słońca… I parking dla żurawi. Właściwie obok mnie przebiegała trasa sejmików żurawich, latały klucze po grube kilkadziesiąt sztuk, a wszystkie wrzeszczały kto potrafi głośniej! Nie pospałem tak dobrze jak bym chciał, mając wrażenie że żuraw wrzeszczy nad moją głową 🙂 W sumie niemal 32 km, ponad 41 tys. kroków, było to już czuć…

Trzeci dzień był już trudniejszy. Czekał mnie spory kawałek po asfalcie, w pełnym słońcu. Chciałem też sprawnie wrócić by spróbować zamknąć wyprawę w 48 godzin. Odpocząłem trochę w Błaskowiźnie w sklepiku. Coraz bardziej koślawo szedłem dalej, zwiedziłem ruiny bunkra w Pawym Lesie. Zachwyciła mnie okolica Turtula, gdzie nad Czarną Hańczą poprowadzono przepiękną pieszą ścieżkę. Jest tam też wieża, na którą warto wejść. Potem ostatni marsz żółtym szlakiem przez rezerwat Rutka i powrót do namiotowego domu i wymarzona kąpiel w jeziorze Szurpiły 🙂 Przeszedłem tego dnia 21,5 km, a w sumie 60.

Bardzo, ale to bardzo potrzebowałem takiej próby. Dało mi to mnóstwo sił na kolejne miesiące, choć spotykając – rzadko – rowerzystów żałowałem, że nie jadę na Marinie. Podobnych do mnie pieszych praktycznie nie było, na jednej tylko ścieżce koło Turtula było parę spacerujących rodzin. A patrząc na mapę aż kusiło, by zrobić kolejne 60 km w inne strony – albo wokół Wigier, albo w stronę Puńska. Na Suwalszczyźnie wszędzie ładnie 🙂