1000 km!

Plan na mijający rok biegania był dość prosty: tysiąc kilometrów! Wydawało mi się, że to będzie kaszka z mlekiem: dwa – trzy biegi w tygodniu to ok. 20 kilometrów, te przełożą się na setkę miesięcznie, a że rok ma 12 miesięcy…

Ale oczywiście poszło inaczej 🙂

W lutym i marcu biegałem zrobiłem w sumie 102 km, biegając raptem 12 razy. Kwiecień i maj to już ładne 112 i 107, ale potem znów dramat. Czerwiec – 60, lipiec – 53, sierpień raptem 68 kilometrów… Nic dziwnego, że w chłodniejsze miesiące zacząłem gonić i udało się 🙂 Tysięczny kilometr padł gdzieś w sobotniej trasie – na 146. ursynowskim parkrunie (i to z niego tytułowa fotka) lub na wybieganiu po nim. Coś tam jeszcze pewnie dołożę, ale presji już nie ma 🙂

Te tysiąc kilometrów to sporo spektakularnych chwil. Nocne bieganie po ośnieżonym Lesie Kabackim, słońce przecinające mgłę tamże. Skwar chorwackich wiosek. Cisza wschodniego brzegu Wisły w centrum Warszawy. Życiówki na 5 km tydzień po tygodniu. Piękne chwile…

A co w przyszłym roku? Odświeżę sobie książkę Galloway’a i spróbuję ułożyć bardziej urozmaicony trening, by popracować nad wynikiem na 10 km. Dobrze byłoby zejść poniżej 44 minut. Zobaczymy 🙂